Było dużo słów. I spojrzenia były co zmieniały się w sępy. Moich oczu chciały. To założyłem okulary przeciwsłoneczne. Kupiłem je sobie kiedyś, dawno, jak byłem mały. A potem były anioły - trzy. Napadły na małego diabełka. To ja mówię:
- Ładnie to tak - trzech na jednego.
Anioły popatrzyły na mnie, a diabełek do mamusi pobiegł. Potem do szkoły poszedłem, ale tam wszyscy tacy eleganccy, chłopcy w garniturach, a w sukniach pięknych dziewczyny, też piękne. A ja w podkoszulku krwią zachlapanym - to z rany którą mi zadała dziewczyna o dzikich oczach. Położyłem jej rękę na ramieniu, a ona się w jeża zamieniła. No i się ukłułem. To szybko na klawiaturze napisałem: głupia baba. Ale to nie o niej. Wtedy nie - teraz tak.

Ze szkoły wychodzę, a tam Eryk na ławce siedzi i pali papierosa. Czerwone ma spodnie, czerwone glany, bluzę niebieską, na szyi srebrne serduszko mu wisi. Ma Eryk włosy po bokach wygolone, a z tyłu związane. I małe różki mu sterczą. Puszcza dym, mówi:
- Czekałem na ciebie. Matka Boga chce się z tobą spotkać. - a ja:
- Nie mam czasu.
I idę do pubu. Wchodzę do środka, a tam Mały Książę z żulami siedzi, piwo popija.
- Dlaczego wróciłeś? - pytam się.
- U mnie już tylko baobaby.
I do żuli się odwraca:
- Dzisiaj najebiemy się bardziej niż wczoraj.
Piwo biorę, w kącie siadam, sam. Porządny łyk pociągam. Mały Książę wymiotuje. Drugi łyk pociągam i wpadam do szklanki.

Na morzu jestem złocistym, słoneczko świeci niebieskie. Leżę sobie na wodzie, na falę czekam, która mnie poniesie. Jest fala, niesie mnie, płynę. W niebo patrzę, a tam Ikar ku słońcu leci, nagle skrzydła mu odpadają. To on spadochron otwiera i na wyspie ląduje, na Atlantydzie. Płynę dalej. Fala w głąb morza mnie niesie.

Trzeci dzień już płynę. Myślę, że może już zawsze tak będę płynął, patrzę - nadlatuje gołąb, w dziobku kawałek kabla niesie. Więc jest ląd. No i po jakimś czasie fala mnie na brzeg plaży wyrzuca.

Idę, pod stopy patrzę, w powietrzu jestem. Już nie idę - frunę. Och, jak wspaniale jest frunąć. Pod sobą mam łąkę, a na tej łące pełno krzeseł, gigantycznych, kolorowych. Na jednym z krzeseł siedzi Marysia. Trzyma zdjęcie fabryki. Wchodzi w nie. Fabryka prawdy? Dalej frunę, pode mną dżungla, na polanie wielki pub, wspaniały, fontanny tryskają, indiańskie rzeźby są i egzotyczne rośliny, a pośród nich stoliki. Przy jednym z nich mały chłopiec siedzi, smutny. Przy nim dziewczyna, najpiękniejsza jaką widziałem. Chłopiec mówi:
- Boję się, że spyta gdzie jest. - dziewczyna:
- Sam się o to prosił, wybrał najkrótszą drogę. Ale żal mi go.
Frunę dalej, chłopiec i dziewczyna zniknęli w oddali. O co im chodziło?  Już mam wrócić i ich spytać, ale na wielki mur wpadam. Wznoszę się wyżej, patrzę, a za murem cudowna kraina: lasy, wzgórza, łąki, na środku wielki magiczny krąg i pełno w niej bajkowych stworów. Astral - kraina wiecznego szczęścia! Lecę tam. Nagle opadam z sił, robi się ciemno, na ziemię spadam.

To ogród stary jakiś, ponury. Czuję obecność kogoś, ale nie widzę nikogo. Tam, dalej jest miasto, pójdę. Obok drzewa przechodzę, pod nim ławeczka - usiądę, odpocznę. Szelest jakiś słyszę, patrzę w górę, Kasia się powiesiła! Wisi i się do mnie uśmiecha. Uciekam. Marcina widzę, to podbiegam, a on nóż ma w ręce i palce sobie odcina. Nie mogę patrzeć, odwracam się. Piękny pałac się wznosi, poznaję - dla Agnieszki go wybudowałem. A ona stoi na szczycie i rzuca się w dół. Wpadła do fosy, utonęła. Autobus nadjeżdża, to wsiadam.

Nie ma gdzie usiąść, stoję. Ktoś rękę na ramieniu mi kładzie. To Agnieszka. Ona żyje? Nie - to nie ona, inne oczy miała. Te oczy są złe. To oczy Szatana. Mówi:
- Zostań moim przyjacielem. - to ja:
- Wypierdalaj.
I wypycham go przez okno. Szczęk szkła. Szatan na ulicę spada. Przystanek - wysiadam. Tu jakaś ścieżka biegnie. Ta ścieżka to promień księżyca. Na niej czeka na mnie starzec w brudnych spodniach i podartym swetrze. Podchodzę do niego. Mówię:
- O Boże, o Boże mój. Cóż za wulgarna kaźń. Ale powiedz mi proszę, przecież ta kaźń się nie odbyła. Błagam, powiedz mi - nie było jej, prawda?
- Oczywiście, ze nie było - to ci się tylko przywidziało.
- Możesz przysiąc?
- Przysięgam ci.
- To mi wystarczy!
I oddalamy się ku księżycowi.
 

michał w. 2002
rysunek: karczu